100-lecie I Liceum Ogólnokształcącego w Zduńskiej Woli
Kontakt
98-220 Zduńska Wola
ul. Dąbrowskiego 6
tel.(fax) 043 823 42 74
lo1@lo1zdwola.dlaedu.pl
Dla Uczniów

Ankieta

Czy obawiasz się matury?

Natalia Gędek - V edycja "Ja - człowiek"

Może już tamtego dnia coś przeczuwałam. Podobno można wyczuć niebezpieczeństwo wcześniej, intuicyjnie. Albo tylko teraz tak mi się wydaje. Bo gdyby szukać przyczyn, to można by cofnąć się i do samego narodzenia i już tam odnaleźć odpowiedź na pytanie „dlaczego?”. Właśnie w ten sposób się wariuje. Chcę stawiać tamy na rzece wydarzeń, ale przecież te konkretne krople, które pragnę zatrzymać, są już dawno daleko przede mną. Woda nie będzie czekać.

- Wypadki chodzą po ludziach – Jula beznamiętnie skomentowała śmierć staruszki od eksplozji garnka – człowiek sobie spokojnie buraki gotuje, a chwilę potem kończy z kawałkiem aluminium w czole.

- Na szczęście nie jemy buraków – starałam się nie patrzeć w ekran telewizora, karmazynowy od krwi z warzywami – nie oglądaj tych programów, one tylko ludzi dołują.

- Ale to jest samo życie.

- Raczej sama śmierć.

Rude włosy Julii w świetle telewizora zdawały się płonąć czerwienią. Dzięki temu wyglądała pięknie psychopatycznie. Albo to tylko we wspomnieniach są takie czerwone.

- Są gorsze rzeczy niż śmierć – zaczęła licząc, że pociągnę temat, ale ja dalej siedziałam cicho na kanapie i bawiłam się herbatą maczając w niej palce – czasem wydaje mi się, że to nic strasznego. W końcu każdego to spotka, nie? To na swój sposób fascynujące.

- Niesamowicie – starałam się ubrać to słowo w ironię, ale senność wieczoru sprawiła, że wyszło z moich ust zupełnie nagie – to raczej zwykła czynność fizjologiczna. Czy tam ich brak, wszystko jedno. A dlaczego o tym mówisz?

- Pożyczyłam taką książkę od Marka. Chcesz to też przeczytaj.

- Wolę nie – wstałam z kanapy i włączyłam lampy. Pokój rozświetliło rażące światło. Spłynęło po zielonych ścianach i otuliło Julkę, wciąż siedzącą na kanapie, jeszcze bardziej bladą i smutną niż zwykle. Ale już nic nie mówiłyśmy. Posprzątałyśmy tylko szklanki i opakowania po krakersach, zanim mama wróci. Teraz wiem, że powinnam była coś zrobić. Z telewizora popłynął dźwięk składający się wyłącznie z gitarowej szarpaniny. Julka nie lubiła takiej muzyki, a mimo to zaczęła tańczyć. Kiedy szybko wywijała głową, jej włosy stawały się pomarańczowym wiatrakiem. W mojej głowie wciąż dudni ta dysharmonijna melodia. Raz głośniej, raz ciszej. Z każdym uderzeniem serca wybija się poza próg bólu, by sekundę później znów spaść do ciszy. Krew wibruje w rytm elektrycznej gitary, gotowa wysadzić moje ciało od środka. Słyszę muzykę wyraźnie, ale wiem, że naprawdę jej nie ma. W korytarzu panuje szalona cisza. Szpital nocą jest osobnym światem – sanktuarium oślepiającego światła pośród czerni zza okien. I filharmonią ciszy, pośród pomruków nocy. To jest tak nierealne, że nawet wiadomość o śmierci Julii przyjmę ze spokojem, bo będzie ona jakby komunikatem z innego świata. O, nawet już o tym myślę i się nie boję. Może specjalnie przystrajają szpitale w takie światła, aby tragiczne fakty do nas nie dotarły? Chociaż na mamę to nie działało. Siedziała obok, ale nie mogłam dostrzec jej twarzy schowanej w dłoniach. Trzęsła się spazmatycznie. Czekałyśmy na wyrok. Czy to będzie samobójstwo czy próba samobójcza?

Jeszcze rano nic nie wiedziałam. Kiedy myłam zęby zobaczyłam, że szczotka Julii jest sucha. Zwykle wstawała przede mną i codziennie rano myłam zęby patrząc na jej mokrą szczotkę i pochlapaną podłogę. Tym razem pod stopami nie czułam ani jednej kropli wody, tylko niepokojącą suchość płytek. Wypłukałam usta i przemyłam twarz wodą. Zawsze trzymałam ją długo pod kranem, pod strumieniem ciepłej wody, i w ten sposób wybudzałam się z resztek snu. To było niezbędne, by przetrwać dzień, nie uważałam więc tego za marnowanie wody. To straszne, że są na świecie miejsca, w których ludzie nie mogą sobie pozwolić na coś takiego.

Ale tamtego poranka woda była lodowata. Jakby ktoś spuścił całą ciepłą w nocy. Mokre i zimne dłonie przyłożyłam do twarzy chcąc zastąpić sobie rutynowe przebudzenie. Powieki pozwoliły oczom w pełni się otworzyć, a skóra zaczęła intensywniej czuć, przestawiając się na tryb dzienny. Jak zwykle popatrzyłam w lustro, na swoją mokrą twarz. Chociaż ten punkt porannych czynności przebiegł tak, jak zwykle. Włosy powykręcały mi się na wszystkie strony. Musiałam się dużo ruszać przez sen. Pod oczami wykwitły fioletowe podkrążenia, które na niezdrowo bladej skórze bardzo się odznaczały. Ale to przez nienaturalne światło łazienkowej lampy. W słońcu będę wyglądać lepiej niż w otoczeniu błękitnych kafelek i żółtawego światła. Jeszcze raz spojrzałam w lustro i… nie pamiętam co czułam. Z tyłu łazienki, wanna była pełna. I czerwona. Czerwona tafla wody odbijała się bezlitośnie w lustrze, na wysokości moich łokci. Chyba zaczęłam się dusić, bo wydawało mi się, że ściany nagle się zatrzasnęły jak okładka książki. Nawet żadna myśl nie przeszła przez umysł, a mimo to wiedziałam. Czerwień wykrzyczała wszystko w nanosekundę. Chociaż niewykluczone, że to tylko wspomnienia tak kochają ten kolor i przechowują go najdokładniej ze wszystkich.

- Julia – nie wiem czy szepnęłam jej imię, czy wykrzyczałam. Właściwie to nie wiem, czy w ogóle przeszło przez moje usta. Nie miałam odwagi się odwrócić i podejść do wanny, ale straceńczy instynkt sam mnie tam powiódł. Widok krwi podciął mi kolana, więc klęczałam z rękami opartymi na brzegu wanny, wpatrzona w moją siostrę. Całe jej ciało otulone było jej własną krwią i stygnącą wodą, tylko twarz wynurzała się z karmazynowej cieczy. Wijące się w wodzie włosy okalały ją jak rama drogocenny obraz.

- Co się… Julia… - oprzytomniałam i złapałam ją za ramiona, podciągając do góry. Nie wiedziałam co robić. Czułam się beznadziejnie bezradnie. Pochyliłam się, aby ją przytulić, ale natychmiast się cofnęłam i z powrotem oddałam ją czerwonej otchłani. Chyba nie myślałam o tym, czy żyje, czy umarła. Byłam tylko przerażona, że nie znam pierwszej pomocy. Chwyciłam ją za dłonie i poczułam, że coś jest nie tak. Moje palce zatopiły się w jej nadgarstku. W tamtym momencie zaczęłam płakać, chociaż nie łzami, tylko przerywanym oddechem. Wszystko działo się zbyt szybko, aby oczy mogły zareagować. Cofnęłam się przerażona, ale po sekundzie znowu rzuciłam się do wanny i posadziłam Julię tak, aby na pewno jej głowa nie dotknęła wody. Jej ciało było dziwnie bezwładne i wydało mi się wtedy makabrycznie chude.

- Słyszysz mnie? Powiedz, czy mnie słyszysz… Powiedz – nachyliłam się nad nią, biorąc jaj głowę w dłonie i przykładając swoje czoło do jej skroni. Oddychała. Oddychała, więc żyła. Usta i oczy pozostawały martwe, ale w płucach mieszkało jeszcze życie. Dotarło do mnie, że być może zaraz i stamtąd się wyprowadzi. Mózg odciął emocje, przestawiając się na działanie. Wyjęłam korek z wanny, aby woda nie pomagała śmierci w krótszym czekaniu. Pobiegłam do pokoju, aby wyciągnąć z szafy duży, nieużywany od dawna ręcznik plażowy. Nie wiem czy to realne, aby człowiek na granicy śmierci czuł zimno, ale wolałam Julię w ten ręcznik owinąć. Rogami materiału związałam jej nadgarstki, tworząc prowizoryczny opatrunek. Cały czas coś do niej mówiłam, ale już nie pamiętam co.

- Dlaczego nie ma ciepłej wody? – mama weszła zirytowana do łazienki. Nie wiem, dlaczego wcześniej nie pomyślałam, aby ją zawołać. Zobaczyła co się dzieje i zszokowana wpatrywała się w Julię.

- Jezu… Jezu, co się stało?! – podbiegła do wanny i chwyciła Julię. Naszła mnie absurdalna myśl, że z tych emocji złamie jej kości ramion, a ona się przez to wybudzi.

- Podcięła sobie żyły, nie wiem, ale żyje. Znaczy… trzeba dzwonić do szpitala – powiedziałam, a mama błyskawicznie wyciągnęła telefon. Jej brudne od krwi palce zostawiały na przyciskach ślady. Mówiła coś roztrzęsionym głosem do telefonu, a ja cały czas wpatrywałam się w Julię. Wyglądała na spokojną. Albo wypraną z emocji, trudno powiedzieć. Jakby cała ona zdążyła spłynąć wraz z krwią z żył i została tylko delikatna powłoka. Czyli prawdziwa ona jest już w rurach i zmierza do szamba. Chyba tak właśnie myślałam, ale teraz wstydzę się tego sama przed sobą. Wydawało mi się, że pogotowie pojawiło się natychmiast, ale to przecież fizycznie niemożliwe. Nie patrzyłam jak ładują Julię do karetki. Przez cały czas zawiązywałam wokół palców sznurek od piżamowych spodni. Po prostu starałam się wyłączyć. Mama postanowiła jechać z Julią, w karetce, do szpitala. Zabroniła mi też jechać, chociaż tak naprawdę sama tego nie chciałam. Wpatrywałam się w okno, patrząc jak karetka odjeżdża. Włączony sygnał wibrował w powietrzu. Przeszywał, prawie tak bardzo jak wrzeszcząca muzyka z tamtego wieczoru, kiedy oglądałyśmy ludzi zabitych przez garnek z burakami. Nie pamiętam kiedy syrena zniknęła z zasięgu uszu, ale w głowie pozostała jeszcze na długo. Kiedy w końcu odważyłam się oderwać od okna, mój kciuk był cały fioletowy od ściśniętego sznurka.

Teraz maltretowałam sznurki bluzy, ale już nie wiązałam ich wokół palców. Kciuk nadal był fioletowy i nie mogłam nim ruszać. Ale powtarzałam sobie, że nie mogę się przejmować palcem, kiedy moja siostra jest na skraju życia i śmierci.

- Zawsze taka była – mama powiedziała to chyba bardziej do siebie niż do mnie, ale słowa wypowiedziane w pustą przestrzeń zdążyły już odbić się od szpitalnych ścian i zawisnąć w powietrzu.

- Jaka? – chciałam pociągnąć rozmowę. Zresztą cokolwiek. Wszystko jest lepsze od tej ciszy.

- Odziedziczyła szaleństwo po waszym ojcu. Dobrze, że ciebie to nie dotyczy.

- Jak to?

- Wariactwo w genach.

- Był szalony?

- Nieważne, nie mam siły… - mama na powrót schowała twarz w dłoniach.

- Jesteśmy bliźniaczkami. Jeżeli ja nie odziedziczyłam, to ona też nie – wiedziałam, że to nie do końca tak działa, ale po wypowiedzeniu tych słów poczułam się lepiej. Modliłam się, aby mama nie odpowiedziała i nie demaskowała kłamstwa. Zresztą nie chce mi się rozmawiać o kimś, o kim nic nie wiem. Wątpię też w wersję, aby Julia targnęła się na swoje życie przez „gen szaleństwa”.

Po paru godzinach wyszedł do nas pielęgniarz. Poderwałam się z krzesła, ale zdrętwiałe od siedzenia nogi kazały mi z powrotem na nim usiąść. Mama nie miała tego problemu i od razu gwałtownie wstała.

- Operacja przebiegła pomyślnie – uśmiechnął się w wyuczony, ale bardzo miły sposób – pacjentka żyje, jej stan jest stabilny, jednak… Nie powróci do dawnego stanu. Na skutek zbyt długiego niedotlenienia nastąpiły pewne komplikacje i…

- Co się stało?! Boże, jakie komplikacje znowu… - mama z powrotem usiadła i na powrót zastygła z twarzą ukrytą w dłoniach.

- Z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że pacjentka będzie upośledzona umysłowo w stopniu znacznym. Już nic nie można było zrobić, z mózgu odpłynęło zbyt dużo krwi – tym razem wyuczony uśmiech przekształcił się w wyuczony smutek.

- To nie mogliście się pospieszyć?! – krzyknęłam na niego, chociaż w środku krzyknęłam tak do siebie… Być może byłoby inaczej, gdybym wcześniej zareagowała. Albo weszła do łazienki pięć minut wcześniej. Albo porozmawiała z Julką wieczór przed tragedią, wtedy, kiedy chciała rozmawiać, a ja nie.

Powiedział nam, że możemy już się z nią zobaczyć. Mama od razu wbiegła do sali, ale ja odmówiłam. Już nie dawałam rady. Postanowiłam wrócić na pieszo do domu. Powietrze na zewnątrz było zupełnie różne od tego w szpitalu – mokre i zimne, dawało ukojenie rozszalałym myślom. Latarnie powoli gasły, przyćmiewane wschodzącym słońcem. Już nie były jedynymi światłami w ciemności; stawały się tylko pospolitymi, betonowymi słupami. I czekały w tej poniżającej formie na następny wieczór. Na ekranie telefonu już była szósta rano. Po chodnikach przechodzili pierwsi tego dnia ludzie. Wszyscy idą do pracy lub do szkoły, pewnie myślą, że ja też. Nikomu nie przejdzie przez myśl, że ta dziewczyna jest załamana po próbie samobójczej siostry. Ale z drugiej strony – ja też tak o nikim nie myślę. Przeszłam przez pasy na czerwonym świetle i zadowolona obserwowałam, jak wszystkie samochody się zatrzymują przede mną z piskiem opon. Pierwszy raz w życiu weszłam autom tuż pod koła, bo wcześniej uważałam to za szczyt egoizmu. Ale dziś uznałam, że nic im się nie stanie, jak trochę poczekają i popatrzą na drugiego człowieka. Chociaż gdybym była na ich miejscu to bym się przejechała. Do domu zostało tylko kilkadziesiąt metrów, ale zrobiło mi się strasznie zimno. Rano było zdecydowanie za chłodno na noszenie samej bluzy. Martwi mnie, o co chodziło z tym upośledzeniem. Czy Julka będzie mogła chodzić dalej do tej samej szkoły? Czy będzie rozumiała, co się do niej mówi? A co jeżeli okaże się, że jej mózg jest całkowicie zresetowany i nic nie będzie pamiętać? Czy wtedy w ogóle będzie tą samą osobą? Nie, nie mogę się tak nakręcać na nieszczęścia. Nie ma co wyprzedzać wydarzeń. To niczemu nie służy…

Przed furtką do domu, w świetle dogasającej latarni, stała jakaś niska, przygarbiona postać. Ciemna, workowata kurtka z kapturem zdawała się być na nią o wiele za duża i za szeroka. Zwykle takie sytuacje wywołują u mnie niepokój, ale dziś już nic nie było w stanie mnie przestraszyć. Silne przeżycia widocznie stępiają instynkt samozachowawczy. Ale tą postacią okazał się być po prostu Marek, kolega Julii. Poznałam go, gdy podeszłam bliżej i zobaczyłam jego kościstą twarz i nienaturalnie jasne oczy.

- Gdzie jest Julka? – wychrypiał cicho, starając się mówić spokojnie. To dziwne. Wprawdzie potrafił odróżnić mnie od siostry, mimo naszej identyczności, ale stałam jednak trochę za daleko i w zbyt wielkim cieniu, aby to było możliwe. Skąd wie, że to ja, a nie ona? Nie odezwałam się, tylko patrzyłam na niego z rosnącym niepokojem. Zaczął się więc szybko tłumaczyć:

- Miała przyjść na spotkanie naszego klubu. To dziwne, bo nigdy żadnego nie ominęła, a dzisiaj jej nie było, dzwoniłem, ale nie odbierała… Co się stało? Martwimy się o nią.

- „Martwicie się”? Wasz klub okultystyczny? – nie miałam ochoty z nim rozmawiać, szczególnie, że miałam dziwne wrażenie, że i tak wie o wszystkim, tylko chce to potwierdzić. I w mojej głowie zaczęła kiełkować wkurzająca myśl, że to ten chory klub mógł rozbudzić w Julce chęć do odebrania sobie życia. Kto wie, co tam robili? Zawsze miałam ich tylko za nieszkodliwych dziwaków, ale teraz… Nie, muszę przestać. To teoria bez pokrycia w rzeczywistości. Nie mogę się tak nakręcać…

- Jak nie wiesz gdzie jest Julka, to zwołaj resztę czarodziejów i sprawdźcie sobie to w kryształowej kuli.

- Przestań, pytam poważnie.

- A ja poważnie odpowiadam. Właściwie to dlaczego się martwisz? To, że ktoś nie przyszedł do klubu, nie jest jeszcze wystarczającym powodem, aby stać przed jego domem o szóstej rano.

- Martwimy się, bo… - zaczął obracać palcami sznurki kurtki w taki sposób, w jaki ja wcześniej w szpitalnej poczekalni – na ostatnim spotkaniu mówiła niepokojące rzeczy… Że śmierć jest fascynująca i nie trzeba się jej bać… A wczoraj rano słyszałem karetkę, która wyjeżdżała z waszej ulicy. Wiem, że coś się stało…

- Wiesz?! Niby skąd wiesz? W takich sytuacjach mówi się „przypuszczam”, a nie „wiem” – może to zbyt paranoiczne z mojej strony, ale nie podoba mi się jego ton.

- Wczoraj rano była koniunkcja Plutona do Księżyca…

- Przestań, pytam poważnie.

- A ja poważnie odpowiadam.

Skuliłam się przez nagły podmuch zimnego wiatru i postanowiłam zakończyć tą bezsensowną rozmowę, aby jak najszybciej znaleźć się w domu. Myślałam, że czegoś się dowiem albo… Właściwie to nie wiem co myślałam, ale teraz wiem, że rozmowa z wariatem nie ma sensu. Oceniłam, że nie dostąpił zaszczytu, by poznać prawdę o stanie zdrowia Julii; zresztą nie miałam ani czasu, ani ochoty, aby z nim rozmawiać. Wyminęłam go i przeszłam szybkim krokiem przez furtkę – tak szybko, aby nie zdążył mnie zatrzymać, ale nie na tyle, aby to wyglądało na ucieczkę. Coś jeszcze do mnie powiedział, ale już nie słuchałam co.

W domu nic się nie zmieniło. Przerażające. Ledwo parę godzin temu wydarzyła się tu tragedia, a mury tak bezczelnie milczą. Stoję na środku korytarza. Nie wiem ile czasu, ale słońce już się przebudziło doszczętnie i zaglądało w okna, dziwiąc się dlaczego wszędzie są zapalone lampy. Poczułam, że muszę iść do łazienki, ale kiedy tylko stanęłam w progu – przypomniałam sobie o wszystkim. Ściemniała krew przypomniała. Jednak byłam spokojna. Dopóki nie spojrzałam w lustro. Po jego drugiej stronie stała Julia. Byłam pewna, że to nie moje odbicie, tylko jej, na moment przed podcięciem żył. I jej zdeterminowany wzrok, który musiał towarzyszyć jej zanim zanurzyła się w śmiertelnej kąpieli. Lustro jest teraz ekranem; odtwarza film, który wcześniej nagrało. A teraz w tych oczach było coś jeszcze – zawiedzione spojrzenie w moją stronę. Nie, to tylko zwidy. To tylko wina nieprzespanej nocy w szpitalnym korytarzu. I tego, że jesteśmy takie podobne. Poszłam do pokoju, po nożyczki leżące dotąd spokojnie na biurku. Ledwo wróciłam do lustra, już pierwsze pasmo zdążyło spaść na podłogę. A później drugie, trzecie, czwarte… W powietrzu wirowały rudawe nitki. Z każdym pękiem włosów odczuwałam coraz większą ulgę. To ucieczka przed dziedzictwem. Nożyczki tańczyły szalenie, nawet nie starałam się kontrolować palców. Tylko na sekundę przestałam, kiedy ostrza przecięły dolny skrawek ucha odbijając się od kolczyka, ale zaraz potem znowu pozwoliłam nożyczkom na wszystko. Martwa zasłona włosów opadła na podłogę, odsłoniłam całą szyję, ale pragnęłam jeszcze więcej. Chłodne ostrza pracowały tuż przy skórze głowy, aż w końcu nie ostał się ani jeden pukiel włosów dłuższy niż parę centymetrów. Byłam krzywo i niedbale obcięta, a pojedyncze kosmyki komicznie odstawały od głowy, zszokowane tą nagłą masakrą. Ale to najpiękniejsza fryzura w moim życiu. Z lustra patrzyło tylko moje odbicie, w niczym podobne do Julki. Jestem wolna.

Moja siostra odeszła. Bezpowrotnie. Zostały tylko jakieś jej resztki i nic więcej. W bezrozumnych oczach odbijało się zdziwienie, jakby widziała nasz dom po raz pierwszy. Ale chyba powoli przypominała sobie wszystko i uczyła się od nowa. Przez pierwszy tydzień wybuchałam płaczem jak tylko ją widziałam. Przez drugi udawałam przed sobą, że Julka jest tylko chwilowo chora, bo zaraziła się jakimś egzotycznym wirusem. Chyba w połowie trzeciego tygodnia byłam dopiero w stanie spojrzeć jej w oczy bez żalu. To chyba i tak szybko. Mama nadal jest jeszcze na etapie płaczu, chociaż jest to już bezsilny płacz osoby godzącej się z okrutnym losem.

- I jak się dzisiaj czujesz? – zapytałam Julkę, która właśnie siedziała na łóżku i oglądała gazety. Oczywiście nie oczekiwałam odpowiedzi. Usiadłam obok niej z butelką lakieru do paznokci w dłoni.

- Nie było twojego ulubionego, więc kupiłam błyszczący zielony. Właściwie to zielonofioletowy, wygląda jak rozlana benzyna, spójrz.

Spojrzała. Wydawało mi się, że nadzwyczaj przytomnie. Z jej ust wydobył się nieskładny szereg samogłosek, który był odpowiedzią.

- To musi być męczące, jak chcesz coś powiedzieć, a nie możesz – mówiłam cicho, rozprowadzając błyszczący lakier po jej paznokciu. Wyjechałam poza linię płytki. Julka nigdy by czegoś takiego nie zrobiła.

- W ogóle nie wiem czy się cieszysz… Wolałabyś nie żyć niż żyć tak?

Następny zlepek wyjęczanych samogłosek, który w mojej głowie ułożył się w „tak”. Ale to pewnie przez to, że mam wyrzuty sumienia. Z jednej strony, że dałam jej spróbować umrzeć, a z drugiej, że jej na to nie pozwoliłam.

- Gotowe. Podaj drugą rękę.

Wzięłam jej dłoń delikatnie, aby nie naruszyć opatrunków na nadgarstkach. W powietrzu unosił się narkotyzujący zapach lakieru, co jednocześnie uspokajało i pobudzało. Nagle Julka wytrąciła mi buteleczkę z ręki. Pojemnik przeleciał w powietrzu aż na środek pokoju, a jego zawartość wylała się leniwie na podłogę. Zapach wypełnił każdą komórkę ciała. Spojrzałam na Julkę, która wydawała się być bardzo zadowolona. Uśmiechnęła się do mnie, a ja mimowolnie odwzajemniłam uśmiech. Później zaczęłyśmy się śmiać. W tej dusznej atmosferze rozparzy znalazłam ulgę. Cały czas we mnie była, wystarczyło tylko dać jej dojść do głosu. Julka opadła wraz ze mną na poduszki i śmiałyśmy się razem. To moja siostra. Wcale nie odeszła, a teraz właśnie potrzebuje mnie najbardziej. Skoro już żyje – nie ważne czy wbrew sobie czy nie – to muszę być przy niej. Jako ta, która ją uratowała, albo jako ta, która skazała ją na życie.

Nagle poczułam pod poduszką coś twardego. To książka! Zapewne to ta pamiętna książka Marka – ostatnia, jaką mogła przeczytać moja siostra. Wygląda na zwykłą, sekciarską książkę: ma fioletową okładkę i duży napis „Rozwój duchowy”, a pod nim mniejszy podtytuł z obcojęzycznymi słowami będącymi zapewne nazwami jakiś ścieżek duchowych, czy czegoś w tym stylu. Otworzyłam ją na pierwszej stronie, gdzie wchodzących witało dziwne motto:

„Nie wierzę w dni, które zmieniają całe życie - wszystko jest procesem”

- Nnnn… - usłyszałam Julkę i wystraszyłam się lekko. Ale patrzyła na mnie spokojnie i wydawało mi się, że chce, abym to przeczytała. Między stronami była wciśnięta zakładka, którą okazała się być kartka z wydrukowaną „Śmiercią Ofelii”. Od tej chwili nienawidzę tego obrazu. Tonąca Ofelia za bardzo kojarzy się z tonącą we własnej krwi Julią. Podobno modelka, która pozowała do tego obrazu, musiała długie godziny i dnie leżeć w zimnej wodzie, co przypłaciła chorobą. I chyba na końcu śmiercią, ale nie jestem pewna. Zakładka stała na straży rozdziału „Jak pokonać schizofrenię?”. Po co Julce to było? A może po prostu czytała całą książkę od początku i przypadkowo tam skończyła? Chociaż nie, mówiła coś, że przeczytała już całą…

Przeczytałam więc cały rozdział, chociaż nic z niego nie rozumiałam. Według tej książki schizofrenię można leczyć kadzidełkami i pisaniem odpowiednich run w świetle pełni księżyca. Może to i skuteczniejsze od konwencjonalnych leków, kto wie? Zrozumiałam za to co innego, a właściwie zaczęłam coś podejrzewać… Musiałam zapytać się o to mamy. Weszłam do kuchni, gdzie unosił się zapach jajek i spalenizny. Powstrzymałam odruch wymiotny i podeszłam do mamy, która tępo patrzyła na palone jajko na patelni.

- Trzeba to zgasić – zakręciłam szybko gaz. Przez chwilę zapomniałam, co miałam powiedzieć, ale książka trzymana w dłoni skutecznie mi przypomniała.

- Mamo… Czy tata miał schizofrenię?

Popatrzyła na mnie nieprzytomnie, aż nagle jej oczy rozszerzyły się w zdziwieniu.

- Ścięłaś włosy?! Kiedy?

Ta reakcja była śmieszna i przerażająca jednocześnie.

- Trzy tygodnie temu – odpowiedziałam i wyraźnie posmutniała: zdawała sobie sprawę, że coś się z nią dzieje. Może pożyczę jej tą książkę? Jest tam bardzo obszerny rozdział poświęcony leczeniu depresji według żywiołów astrologicznych. Postanowiłam powtórzyć pytanie:

- Czy ojciec był chory na schizofrenię?

Nie odpowiedziała, ale to chyba oznaczało „tak”.

- Przecież to jest dziedziczne… Ja też jestem chora? Albo Julka?

- Tylko Julia… Nie powiedziałyśmy ci, bo… Nie chciałyśmy cię martwić. Sama rozumiesz…

Poczułam się oszukana, ale nie miałam siły się złościć. W końcu i tak już po wszystkim. Julka chciała się zabić, mimo tego, że przecież nad schizofrenią można zapanować – lekami, runami, czymkolwiek…

Weszłam do jej pokoju i zastałam ją śpiącą na łóżku. Jej twarz wyglądała jak twarz tonącej Ofelii. Jak mogłaś mnie tak okłamywać? Czy było ci ciężko? Czy nie lepiej było podzielić się tajemnicą i razem przez to przejść? Ciszę przerwał rozwścieczony dzwonek mojego telefonu.

- Halo, tu Marek – przeszedł mnie niespodziewany dreszcz. Co za wyczucie czasu.

- Hej…

- Chciałbym przeprosić za tamto… - nie wiedziałam o co mu chodzi, bo nie czułam się urażona, ale dałam się przeprosić – i nie wiem czy to dobry pomysł, ale… Mógłbym odwiedzić Julię?

- I tak cię nie pozna – odparłam bezdusznie bez ogródek. Przez jakiś czas się nie odzywał, już myślałam, że odłożył telefon, ale nie słyszałam tego charakterystycznego pikania.

- Jesteś tam? – upewniłam się.

- Tak. Mogę odebrać swoją książkę? Jest mi potrzebna.

- Jasne – chciałam tym zakończyć rozmowę, ale jeszcze coś nie dawało mi spokoju – wiedziałeś o chorobie Julii?

- Tak.

Czyli wiedzieli wszyscy oprócz mnie…

- Skąd wiedziałeś?

- Z jej horoskopu natalnego.

Już z przyzwyczajenia chciałam mówić „pytam poważnie”, ale nie musiałam nic mówić, aby usłyszeć realną wersję.

- Zapisała się do naszego klubu zaraz po tym, jak sama się dowiedziała. Bo nasz klub jest swego rodzaju ezoteryczną grupą wsparcia. Ale wszystko, co mówimy musi zostać w naszym kręgu, więc nie mogłem ci powiedzieć nawet, jakbym chciał. Pewnie myślałaś, że podżegaliśmy Julię do samobójstwa, ale to nieprawda. My ją właśnie chcieliśmy od tego odwieźć. Więc… Mam nadzieję, że nie składałaś na nas jakiś podejrzeń na policji, czy coś…

- Nie – odburknęłam lekko zbita z tropu. Więc dzwonił dlatego, że bał się, że położę cień podejrzeń na tym całym klubie, a nie dlatego, że chciał mnie lub Julkę wesprzeć. W sumie to mogłam się tego spodziewać… Ale to już nieważne.

Kiedy odłożyłam słuchawkę nie wiedziałam już jak mam się czuć. Przyniosłam Julce herbatę i trzymałam ciepły kubek tuż przy jej ustach. I starałam się nie myśleć o niczym innym. Nie będę jej osądzać, bo musiałabym wtedy osądzać też siebie. Będę się nią po prostu opiekować. Będę przy niej. Teraz wiem, że dzień jej próby samobójczej nie był nagłym wydarzeniem, a częścią dłuższego procesu, który zaczął się dawno przed tym i skończy się długo po tym. A ja będę z nią.